Fundacja im. Bartka Kruczkowskiego

Menu

Pomóż fundacji!

Wpłacając darowiznę na konto Fundacji im. Bartka Kruczkowskiego możliwe jest jej odliczenie od podstawy opodatkowania jako darowiznę na cele statutowe.

Sławomir Bugajczyk

Moje problemy z sercem zaczęły się w wieku 23 lat, gdy wróciłem do domu po odbyciu zasadniczej służby wojskowej w Marynarce Wojennej. Miałem podjąć pracę rozpoczętą jeszcze przed wojskiem w Fabryce Metalurgicznej „Ursus” w Warszawie na wydziale kuźni. Trzeba było wykonać podstawowe badania lekarskie, między innymi EKG, którego nigdy wcześniej nie robiłem. Badanie wykazało, że w moim sercu są pewne nieprawidłowości, których nie można, co prawda nazwać chorobą, ale niestety dyskwalifikują mnie do pracy w kuźni, bo praca ta wymagała dużego wysiłku fizycznego. Moje samopoczucie właściwie nie odbiegało od normy, czułem się dobrze, dlatego wyniki badań traktowałem z przymrużeniem oka, myśląc, że komuś po prostu nawaliła aparatura badawcza. Tak minęło parę lat.

W międzyczasie założyłem rodzinę, urodził mi się syn. Nieoczekiwanie zacząłem słabnąć. Objawiało się to narastającym zmęczeniem, zawrotami głowy, kiepską kondycją. Nawet przy niewielkim wysiłku pociłem się obficie. Było tak, że po normalnie przespanej nocy, zamiast być wypoczętym, budziłem się już zmęczony, bez chęci do życia. Wizyta u lekarza i skierowanie do Instytutu Kardiologii ustawiły moje życie już na zawsze na kardiologiczne tory.

W instytucie pani doktor, która zajęła się mną bardzo wnikliwie, zleciła założenie Holtera, 24-godzinne monitorowanie EKG. Wynik badania miałem otrzymać za około 2 tygodnie, jednak w ciągu niespełna 72 godzin zostałem powiadomiony telegraficznie, że mam się zgłosić do instytutu natychmiast.

W Holterze zarejestrował się w czasie snu bardzo niebezpieczny dla życia częstoskurcz komorowy. Leżałem przez jakiś czas w szpitalu, gdzie badano przyczynę powstawania tego niebezpiecznego zjawiska. W badaniu echo serca stwierdzono zmniejszenie jego kurczliwości i powiększenie się. Pierwsza diagnoza mówiła o zapaleniu mięśnia sercowego.

Leczono mnie farmakologicznie przy pomocy leków przeciwzapalnych i antyarytmicznych. Byłem pod stałą kontrolą instytutu, pojawiając się tam, co jakiś czas. W tym czasie pracowałem, choć stan mojego zdrowia nie był rewelacyjny.

Byłem bardzo słaby. Znów upłynął jakiś czas. Podczas następnej wizyty w Instytucie Kardiologii okazało się, że trzeba będzie wszczepić mi stymulator, ponieważ moje serce w nocy zbyt szybko zwalnia, a w dzień zbyt mocno przyśpiesza. By zastosować leki zwalniające, trzeba zabezpieczyć moje serce stymulatorem przed zbyt dużym zwolnieniem jego czynności w nocy, co mogłoby doprowadzić do śmierci. Tak, więc w październiku 1999 r. zostałem obdarzony przyjacielem /stymulatorem/, który od tej pory ratował moje życie. Ratował, ale również w jakiś sposób ograniczał je. Dlatego w 2000 r. musiałem przejść na rentę. Dwa lata później trafiłem do szpitala w celu przeprowadzenia biopsji mięśnia sercowego, gdyż jego kurczliwość wciąż malała, a samo serce rosło. Wpływało to na moje samopoczucie i niepokoiło lekarzy. Biopsja uwidoczniła, że białko zawarte w mięśniu sercowym wykazuje jakieś dziwne właściwości, prawdopodobnie moje geny zawodzą, a choroba, która się w moim sercu rozwija to kardiomiopatia rozstrzeniowa i że w przyszłości konieczny będzie przeszczep serca, bo to jedyny sposób leczenia tej przypadłości. Pani doktor pocieszała mnie, że, jeśli choroba nie będzie rozwijać się zbyt szybko, a może dzięki lekom nawet zatrzyma się na pewnym poziomie, być może do przeszczepu nigdy nie dojdzie. I tego się trzymałem, bo perspektywa wymiany serca bardzo mnie przerażała. Przecież to nienormalne, że w mojej piersi będzie bić czyjeś serce, że ktoś musi umrzeć, bym ja mógł żyć. Moja bujna wyobraźnia jawiła obrazy, w których leżałem na stole operacyjnym z otwartą, pustą klatką piersiową. Nawet kilka lat choroby nie mogło mnie oswoić z tą perspektywą. Niejednokrotnie przeprowadzano na mnie różne, mniej lub bardziej inwazyjne badania. Transplantacja była dla mnie czymś kosmicznym. Czymś, co odsuwałem automatycznie na daleki plan. Co po prostu zdarzyć się nie może.

Niestety, pięć lat później, w roku 2007 przyszedł moment, gdy gwałtownie pogorszyło się moje samopoczucie. Trafiłem do szpitala w kiepskiej kondycji, ze skrajną niewydolnością serca. Przestały pracować nerki, wątroba i inne organy. Ktoś powiedział, że to już chyba pora na przeszczep. Początkowo próbowano mnie, jak to określili lekarze, ”odłapać”, tzn. doprowadzić do stabilnego stanu, w którym będzie można przeprowadzić badania kwalifikacyjne. Dzięki lekom i pompom infuzyjnym, za pośrednictwem których tłoczono je w żyły przez 24 godz. na dobę, udało się mnie „odłapać”. Przeprowadzono badania potrzebne w kwalifikacji do przeszczepu, tzw. badanie ciśnień w komorach serca. Wynik badania pozwolił mnie zakwalifikować, choć ja sam wciąż nie byłem przekonany do transplantacji. Przewidywano, że po odłączeniu od pomp będę mógł wrócić do domu i tam czekać na wiadomość o znalezieniu dawcy, czyli po prostu na wiadomość o transplantacji nowego serca. Odłączono mnie więc od pomp, co nagle, w ciągu jednej nocy spowodowało pogorszenie wszystkich parametrów życiowych. Czułem się źle fizycznie i psychicznie, nie sposób tego opisać, zresztą wyrzuciłem te wspomnienia ze swojej pamięci. Zacząłem jednak myśleć o przeszczepie w sposób realny, że tylko on może uratować mi życie. Pozwoli poczuć się lepiej. Ponowne podłączenie do pomp spowodowało powrót do w miarę niezłego stanu. Tak leżałem, podłączony do umocowanych na stojaku pomp, balansując na krawędzi życia i śmierci, do chwili transplantacji. To miało jednak nastąpić dopiero za jakiś czas. W międzyczasie doznałem wstrząsu kardiogennego, którego omal nie przypłaciłem życiem. Znalazłem się na stole operacyjnym. Kardiochirurdzy przygotowywali się do wszczepienia mi sztucznych komór serca. Na szczęście zaniechali tego zabiegu, widząc, że parametry życiowe wracają do normy. Muszę wspomnieć, że sztuczne komory to urządzenie, które ratuje życie, ale także wycieńcza organizm i doprowadza do wielu powikłań, więc stosuje się je tylko w ostateczności. W tym też okresie na dwa tygodnie zostałem zawieszony na liście oczekujących na transplantację. Okazało się, bowiem, że trzustka, której zapalenie przebyłem w roku poprzednim nie jest całkiem wyleczona, tzn. tli się w niej stan zapalny i pojawiła się torbiel. Wszelkie tego typu zdarzenia dyskwalifikują potencjalnego biorcę. To był najgorszy okres mojego oczekiwania na transplantację. Po prostu podłamałem się psychicznie. Nie wiedziałem, na co właściwie czekam. Jeśli nie na przeszczep, to, na co? Wiedziałem, że bez przeszczepionego serca nie mogę o własnych siłach wyjść ze szpitala. Jeśli nie kwalifikuję się do przeszczepu, w takim razie będę musiał egzystować w szpitalu czekając na śmierć. Takie myśli kołatały się w mojej głowie. Do chwili zawieszenia byłem w całkiem znośnej kondycji psychicznej. Potrafiłem sobie to wszystko jakoś wytłumaczyć, że ktoś nie umiera, dlatego, bym ja mógł żyć, tylko, dlatego, że zdarzył się nieszczęśliwy wypadek, że ktoś miał pecha. Można jednak obdarować jego narządami kogoś, w tym wypadku mnie, bym mógł się cieszyć życiem jeszcze przez długie lata. Niby dość prosta i jasna rzecz, ale długo ją trawiłem w myślach zadając sobie pytanie, dlaczego to ja mam przeżyć? Czekałem, więc na transplantację jak na zbawienie, a tu proszę, zawieszenie z powodu stanu zapalnego trzustki i jej torbieli. Co za pech! Zaszyłem się w sobie, skuliłem się, całymi dniami patrzyłem w sufit. Umierałem za życia. Właściwie to ja już chciałem umrzeć. W końcu było to jakieś rozwiązanie, wybawienie. Przeszczep albo śmierć, byleby nie to bezsensowne leżenie w szpitalu. Co to za egzystencja? Teraz rozumiem, dlaczego ludzie nieuleczalnie chorzy czasem pragną eutanazji. W tamtym momencie też jej pragnąłem. Nie widziałem rozwiązania. Straciłem nadzieję. Konsultowali mnie lekarze z innych szpitali, zastanawiali się czy nie usunąć torbieli przed transplantacją. Przysparzało to jednak wiele problemów, szczególnie przy moim niewydolnym sercu. Takiej operacji mogłem nie przeżyć i w ogóle nie doczekać transplantacji. Poza tym dochodzenie do siebie po tak wyczerpującym zabiegu mogłoby trwać miesiące. Moje serce wymagało natychmiastowego przeszczepu. Nie dość, że torbiel i trzustka stwarzały problem, to jeszcze nastał okres gwałtownego spadku ilości przeszczepów w Polsce spowodowany aresztowaniem doktora G. Wszystko to stawało się tak skomplikowane, że straciłem nadzieję, iż kiedykolwiek wyjdę ze szpitala na własnych nogach. Były to najdłuższe dwa tygodnie w moim życiu, ciągnące się w nieskończoność. Trwanie w beznadziei. Pewnego dnia zobaczyłem w drzwiach mojego pokoju panią profesor, która przyszła i poinformowała mnie, że znowu znalazłem się na liście biorców, że musieli z całym zespołem podjąć taką decyzję, by nie odbierać mi szansy na dalsze życie. Jednak prawdopodobieństwo, jak mówiła pani profesor, że nie przeżyję tego przeszczepu jest bardzo duże, a na pewno większe niż przy normalnych tego typu zabiegach. Nieistotne było to dla mnie. Ważne było to, że mam, na co czekać, że znów pojawiła się w moim chorym sercu nadzieja, że widzę światełko w tunelu. W końcu śmierć w wyniku nieudanej transplantacji to też jakieś rozwiązanie. Wróciłem do równowagi psychicznej. Teraz mogłem spokojnie czekać na transplantację. Mijały dni, a ja świat oglądałem przez szyby szpitalnych okien. Gdy trafiłem do szpitala był początek marca, a na dworze leżał jeszcze śnieg. Trzy miesiące później w pewien sobotni wieczór, gdy za oknem widziałem już zielone liście drzew, przyszedł do mnie lekarz – kardiochirurg. Przedstawił się i zakomunikował, że dzisiejszej nocy przeszczepi mi nowe serce, jeśli tylko wyrażę na to zgodę. Hm… jak mogłem jej nie wyrazić? Przecież tak długo czekałem na tę chwilę. Zapewniał, że zrobi wszystko, co w jego mocy, bym następnego dnia obudził się z drugim sercem, jednak nie daje gwarancji, że tak się stanie. Nie wszystko przecież zależy od niego. Mogę obudzić się ze swoim starym sercem, bo nie dokona transplantacji, jeśli organ pobrany od dawcy będzie wykazywał jakiekolwiek niedoskonałości. W takiej sytuacji w mojej klatce piersiowej pozostawi stare serce.

Często pytają mnie: „nie bałeś się?”. A czego? Jak mogłem się bać, przecież bez transplantacji nie mogłem przeżyć, nie mogłem wrócić do domu? Nie bałem się, tryskałem radością, bo przeczuwałem, że wszystko się uda. Byłem dobrej myśli. Musiałem być dobrej myśli. Po prostu chciałem żyć.

Przeszczepu jednak by nie było, gdyby nie osoba, która za życia wyraziła chęć oddania swoich narządów do przeszczepu. To przede wszystkim dzięki niej cieszę się drugim, lepszym życiem. Doceniam każdy dzień. Przyjemność sprawiają mi najprostsze czynności, które przed transplantacją wykonywałem z ogromnym wysiłkiem. Mogę robić rzeczy, których wcześniej nie robiłem, bo po prostu stanowiły dla mnie zbyt duży wysiłek, np. jazda na rowerze.

Krótko mówiąc, życie jest piękne, a ja żyję normalnie i nie narzekam, że czasem wiatr wieje mi prosto w oczy. Los nas stawia w różnych sytuacjach. Mnie uczynił – biorcą. Chłopaka, którego serce noszę w sobie – dawcą. A przecież mogłoby być odwrotnie.

Dedykuję osobie, której serce bije w mojej piersi.

Wywiad udzielony dla kampani społecznej Zgoda na Życie

Używamy plików cookies Ta witryna korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Prywatności i plików Cookies .
Korzystanie z niniejszej witryny internetowej bez zmiany ustawień jest równoznaczne ze zgodą użytkownika na stosowanie plików Cookies. Zrozumiałem i akceptuję.
32 0.085881948471069